Po pierwszym dniu w pracy stwierdzam, ze zycie wykladowcy... towaru w porownaniu do zeszlorocznego szorowania garow to pikus. Mam pod opieka kawy, herbaty, cukry i slodycze - to moje terytorium sklepu. Jak brakuje towaru to elegancko pakuje sobie na wozeczek, wyjezdzam winda do sklepu i ukladam na polce - zero wysilku. Jak nie ma czegos w magazynie, to po prostu zastawia sie przod, zeby sprawic wrazenie duzej ilosci na polce, a jak w ogole nie ma (ani na polce, ani w magazynie), to po prostu rzuca sie etykietke "We're sorry this product is currently out of stock". Tak robi sie rowniez, jak po prostu nie mozesz czegos znalezc :).
Zyc, nie umierac -- wykladam na University of Dunnes Stores nie meczac sie przy tym zbytnio.
PS. Oczywiscie za rozowo byc nie moze, bo okazalo sie, ze dzien pracy trwa 7 godzin, a nie 8... No, ale dobrze, ze przynajmniej mam zajecie.
wtorek, 3 lipca 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
Ciesz się, że nie 17 a nie 8 :P.
czyli mówisz że prowadzisz wykłady ze słodkości...a w jakim języku?
W czystym Oirish... juz mi zaczynaja brzydnac te same opakowania ciastek non stop. Musze zwolnic obroty, bo w polowie dnia przestaje miec co robic ;) normalnie lustrzane odbicie poprzedniej pracy...
Gdzie mozna najszybciej zlapac swojego brata? Oczywiscie w necie!
No cieszymy sie, cieszymy, ze ksztalcisz sie na swiatowych uniwerkach. Bedziesz mial co potem wydawac w Ladku ;)
Zdrowienia.
no raczej prędzej pod telefonem, ale na necie jestem w tygodniu o 21:30-22:00 tylko...
Prześlij komentarz