sobota, 21 lipca 2007

16-21 lipca - przeniesienie i massive discount

Organizacja pracy w tym (miodem i mlekiem płynącym) kraju pozostawia bardzo wiele do życzenia. A im większa firma, tym większa nieudolność zwierzchników. Po przyjściu standardowo kilka minut przed 23 do pracy dowiedziałem się od managera, że zostałem przeniesiony na tydzień do pobliskiego (na szczęście) sklepu, który był otwarty 4 dni wcześniej i rozpoczął swój żywot od czterodniowej 50% obniżki na wszystkie towary do wyczerpania zapasów. Nieźle. W drodze do drugiego sklepu trochę się zastanawiałem, co zastanę w środku, a zarazem zastanawiałem się, dlaczego nie mogli mi dać znać o tym wcześniej... Zanim dostałem się do środka, była 23:30, a wpisałem się do pracy od 22, tak kazał ochroniarz - no nic, 1,5h do przodu. Okazało się, że masa ludzi została skierowana do tego sklepu z różnych innych i ogólnie to, co panowało w środku możnaby określić tylko jednym mianem - "czeski film". Managerowie sami nie wiedzieli za bardzo, co mamy robić, non stop przyjeżdżały tiry z paletami, których nie było gdzie układać, totalny bałagan. Do tego nikt nie wiedział, gdzie trzeba ów towar wykładać, w szczególności, że połowa półek była pusta i nie można było empirycznie zlokalizować umiejscowienia produktu. Do rana zostało zrobione niewiele, palety zostały na sklepie z racji braku miejsca w magazynie i korytarzach, a my robiliśmy w zasadzie głupią robotę polegającą na przestawianiu rzeczy z jednego miejsca na drugie, a co mądrzejsi szukali sobie sami zajęcia, żeby uniknąć powyższego. Kompletny brak organizacji, przecież łatwo było przewidzieć skutki po tak dużej i długotrwałej obniżce cen. Ale robota jest i płacą za własną głupotę, nie ma co narzekać... Na marginesie dodam, jak się dowiedziałem od jednego z managerów, że te 4 dni to była nieustanna walka o towar, a ludzie brali wszystko, co wpadło im w łapy. Było ich w środku tak dużo, że ochroniarze zamknęli sklep, a na schody ruchome wpuszczali stopniowo, żeby się nie zerwały pod ciężarem tej masy. Rezultat: obrót w wysokości 3,5 miliona Euro w ciągu 4 dni (rzeczywista wartość towaru wynosiła oczywiście 7 milionów Euro).

I tak przez kolejne 3 dni, aż do czwartku, kiedy to podobną, ale tylko jednodniową obniżkę zrobili w Dunnes Stores w Tallaght. I znów dowiedzieliśmy się o godzinie 23, że jeden manager i 20 osób musi jechać tam zrobić porządek (znów nie wiedzieli wcześniej...). Najlepsze były kryteria wyboru tej dwudziestki - pytali kto z jakiego klepu jest i na tej podstawie wybierali (nadal nie wiem, co decydowało o przydzieleniu do Tallaght). Co głupsze, wszyscy wracali rano spowrotem do tego miejsca, z którego wyjechaliśmy, więc co za różnica, kto pojedzie... Zrozumiałbym, jeżeli wybieraliby co roślejszych lub starszych stażem, albo chociaż wzrostem, albo pierwszą literą nazwiska... ale tego kryterium nie potrafię zrozumieć.

Po dotarciu na miejsce zastaliśmy krajobraz, jak po wojnie... Puste półki, zniszczony towar, porozrzucane wszędzie ciuchy. Naszym zadaniem było zrobić 45% lepiej, niż było na początku, jak dotarliśmy (w rezultacie zrobiliśmy co najmniej 90%). Ale jeszcze jeden przykład głupoty irlandzkich managerów: dwóch Polaków składało bluzki przy jednym stole. Przyszedł manager i z buzią, że jedna osoba przyjednym stole, na co jeden z nich spytał się, co to za różnica, jeżeli we dwójkę zrobią to dwa razy szybciej? Niestety nie zrozumiał w czym rzecz, obstawał przy swoim, a szeregowcy musieli się rozdzielić... Brak logiki. Punkt pierwszy: manager ma zawsze rację, punkt drugi: jeżeli nie ma racji, patrz punkt pierwszy, huh...

Oczywiście transport do i z Tallaght taksówkami na koszt firmy, that's nice... ;)

PS. Albert chyba się zapadł pod ziemię, całe szczęście

1 komentarz:

Unknown pisze...

Albert się spłoszył :P. Organizacja niezła, to już u nas w Tesco jest lepiej (tyle że płacą około 8x mniej :P). A ten "Clock Tower" (z poprzedniej notatki) taki fajny jest, taki maleńki ;D.