niedziela, 29 lipca 2007

28 lipca - Riverdance

Extraordinary, marvellous, majestic, magic, superb... Dlugo trzebaby szukac odpowiednich slow, zeby to opisac... Wczoraj mialem niezwykla przyjemnosc ogladac wystep Riverdance w Gaiety Theatre w Dublinie i musze stwierdzic, ze to najlepsza rzecz, jaka widzialem w zyciu... Nawet 7 Bielskich Zadymek Jazzowych razem wzietych nie nadrabia wczorajszego szalenie energetycznego show. Wielokrotnie mialem okazje widziec urywki Riverdance w Internecie i przypadkiem zauwazylem plakat w centrum informujacy, ze niebawem beda ich wystepy, wiec niewiele sie namyslajac od razu pobieglem kupic bilet i udalo mi sie nawet usiasc w drugim rzedzie na parterze, co jeszcze zwielokrotnilo w jakis sposob sile przekazu. Dwie godziny powodujacej dreszcze niezwyklej uczty duchowej. Nawet niebardzo wiem, co napisac, bo zbytnio nie da sie tego opisac - po prostu TRZEBA to zobaczyc na wlasne oczy.

Co do samego Riverdance, to grupa kilkudziesieciu tancerzy stepujacych synchronicznie przy akompaniamencie irlandzkiej muzyki. Spektakl tworzy pewnego rodzaju historie, ktora jest opowiadana poprzez taniec.

Kilka fragmentow mozna zobaczyc na Youtube, zeby poczuc chociaz namiastke tego wrazenia, ale to jest nieporownywalne w zaden sposob do pokazu na zywo.

Fragment 1
Fragment 2
Fragment 3

Swietne. Pozdrawiam

PS. Gaiety Theatre bardzo przypomina wygladem i wielkoscia nasz bielski Teatr Polski.
PS2. Dzisiaj chyba ide do kina na Simpsonow ;)

sobota, 21 lipca 2007

16-21 lipca - przeniesienie i massive discount

Organizacja pracy w tym (miodem i mlekiem płynącym) kraju pozostawia bardzo wiele do życzenia. A im większa firma, tym większa nieudolność zwierzchników. Po przyjściu standardowo kilka minut przed 23 do pracy dowiedziałem się od managera, że zostałem przeniesiony na tydzień do pobliskiego (na szczęście) sklepu, który był otwarty 4 dni wcześniej i rozpoczął swój żywot od czterodniowej 50% obniżki na wszystkie towary do wyczerpania zapasów. Nieźle. W drodze do drugiego sklepu trochę się zastanawiałem, co zastanę w środku, a zarazem zastanawiałem się, dlaczego nie mogli mi dać znać o tym wcześniej... Zanim dostałem się do środka, była 23:30, a wpisałem się do pracy od 22, tak kazał ochroniarz - no nic, 1,5h do przodu. Okazało się, że masa ludzi została skierowana do tego sklepu z różnych innych i ogólnie to, co panowało w środku możnaby określić tylko jednym mianem - "czeski film". Managerowie sami nie wiedzieli za bardzo, co mamy robić, non stop przyjeżdżały tiry z paletami, których nie było gdzie układać, totalny bałagan. Do tego nikt nie wiedział, gdzie trzeba ów towar wykładać, w szczególności, że połowa półek była pusta i nie można było empirycznie zlokalizować umiejscowienia produktu. Do rana zostało zrobione niewiele, palety zostały na sklepie z racji braku miejsca w magazynie i korytarzach, a my robiliśmy w zasadzie głupią robotę polegającą na przestawianiu rzeczy z jednego miejsca na drugie, a co mądrzejsi szukali sobie sami zajęcia, żeby uniknąć powyższego. Kompletny brak organizacji, przecież łatwo było przewidzieć skutki po tak dużej i długotrwałej obniżce cen. Ale robota jest i płacą za własną głupotę, nie ma co narzekać... Na marginesie dodam, jak się dowiedziałem od jednego z managerów, że te 4 dni to była nieustanna walka o towar, a ludzie brali wszystko, co wpadło im w łapy. Było ich w środku tak dużo, że ochroniarze zamknęli sklep, a na schody ruchome wpuszczali stopniowo, żeby się nie zerwały pod ciężarem tej masy. Rezultat: obrót w wysokości 3,5 miliona Euro w ciągu 4 dni (rzeczywista wartość towaru wynosiła oczywiście 7 milionów Euro).

I tak przez kolejne 3 dni, aż do czwartku, kiedy to podobną, ale tylko jednodniową obniżkę zrobili w Dunnes Stores w Tallaght. I znów dowiedzieliśmy się o godzinie 23, że jeden manager i 20 osób musi jechać tam zrobić porządek (znów nie wiedzieli wcześniej...). Najlepsze były kryteria wyboru tej dwudziestki - pytali kto z jakiego klepu jest i na tej podstawie wybierali (nadal nie wiem, co decydowało o przydzieleniu do Tallaght). Co głupsze, wszyscy wracali rano spowrotem do tego miejsca, z którego wyjechaliśmy, więc co za różnica, kto pojedzie... Zrozumiałbym, jeżeli wybieraliby co roślejszych lub starszych stażem, albo chociaż wzrostem, albo pierwszą literą nazwiska... ale tego kryterium nie potrafię zrozumieć.

Po dotarciu na miejsce zastaliśmy krajobraz, jak po wojnie... Puste półki, zniszczony towar, porozrzucane wszędzie ciuchy. Naszym zadaniem było zrobić 45% lepiej, niż było na początku, jak dotarliśmy (w rezultacie zrobiliśmy co najmniej 90%). Ale jeszcze jeden przykład głupoty irlandzkich managerów: dwóch Polaków składało bluzki przy jednym stole. Przyszedł manager i z buzią, że jedna osoba przyjednym stole, na co jeden z nich spytał się, co to za różnica, jeżeli we dwójkę zrobią to dwa razy szybciej? Niestety nie zrozumiał w czym rzecz, obstawał przy swoim, a szeregowcy musieli się rozdzielić... Brak logiki. Punkt pierwszy: manager ma zawsze rację, punkt drugi: jeżeli nie ma racji, patrz punkt pierwszy, huh...

Oczywiście transport do i z Tallaght taksówkami na koszt firmy, that's nice... ;)

PS. Albert chyba się zapadł pod ziemię, całe szczęście

8 i 9 lipca - Malahide i Waterford

W pierwszy wolny weekend postanowiłem sobie pojeździć. W sobotę odwiedziłem stare kąty z zeszłego roku, czyli Mullach Ìde (Malahide). Małe nadmorskie miateczko nieopodal Dublina. Zawiozłem się tam DART-em, czyli krótkodystansową koleją podmiejską, za 3,60 EUR w dwie strony. Wszystko ładnie i pięknie, z tym, że po 20 minutach od przyjazdu zaczęło lać i w ciągu kilku minut zrobiłem się kompletnie mokry. Za chwilę wyszło słońce i zanim zdążyłem wyschnąć znów zaczęło lać :). Jedna z (wielu) rzeczy, która tu jest inna, niż w Polsce to chmury - sprawiają wrażenie potężnych kolosów, chyba za sprawą przejrzystości powietrza. Może to z powodu niskiej wilgotności powietrza, czego się dowiedziałem od irlandczyka ode mnie z pracy. A mi się wydawało, że nad morzem jest właśnie odwrotnie... No cóż, człowiek uczy się całe życie. Pokręciłem się godzinkę i stwierdziłem, że najwyższy czas wracać, bo nie ma co moknąć.

Tu można zobaczyć kilka zdjęć z Malahide.

W niedzielę postanowiłem wybrać się kawałek dalej - do Waterford na południu Republiki Irlandii. Po trzygodzinnej podróży Bus Èireann i przejechaniu 150 km moim oczom ukazała się typowa portowa 
zabudowa miasteczka, czyli małe, różnokolorowe i o różnej wysokości 
budyneczki wzdłuż brzegu kanału. Wydawało mi się, że wszystko tam jest 
malutkie. W porównaniu do Dublina  oczywiście. Małe centrum, małe zabytki 
(szumnie nazwanej The Clock Tower bardzo dużo brakuje do londyńskiego Big Bena). Wziąłem mapkę najbardziej wartościowych punktów do obejrzenia 
z informacji  turystycznej i w pół godziny obejrzałem wszystkie. Oczywiście 
wszystko w towarzystwie nieustającego deszczu. Po dwóch i pół godziny 
udałem się na dworzec autobusowy i kolejne 3 przesiedziałem
wracając do Dublina.

Zdjęcia z Waterford, z kolei można zobaczyć sobie tutaj.

To był męczący, ale udany weekend :)

wtorek, 3 lipca 2007

2 lipca - University of Dunnes Stores

Po pierwszym dniu w pracy stwierdzam, ze zycie wykladowcy... towaru w porownaniu do zeszlorocznego szorowania garow to pikus. Mam pod opieka kawy, herbaty, cukry i slodycze - to moje terytorium sklepu. Jak brakuje towaru to elegancko pakuje sobie na wozeczek, wyjezdzam winda do sklepu i ukladam na polce - zero wysilku. Jak nie ma czegos w magazynie, to po prostu zastawia sie przod, zeby sprawic wrazenie duzej ilosci na polce, a jak w ogole nie ma (ani na polce, ani w magazynie), to po prostu rzuca sie etykietke "We're sorry this product is currently out of stock". Tak robi sie rowniez, jak po prostu nie mozesz czegos znalezc :).

Zyc, nie umierac -- wykladam na University of Dunnes Stores nie meczac sie przy tym zbytnio.

PS. Oczywiscie za rozowo byc nie moze, bo okazalo sie, ze dzien pracy trwa 7 godzin, a nie 8... No, ale dobrze, ze przynajmniej mam zajecie.

niedziela, 1 lipca 2007

30 czerwca - got a job!

Super! Dzien po interview zadzwonili do mnie, zebym przyszedl na trening - to za zeszly rok, bo ostatnio, jak tu bylem, to dwa miesiace szukalem pracy, a teraz udalo mi sie w tydzien dokladnie. Podpisalem kontrakt na 6 miesiecy, dostalem firmowe koszulki (co prawda musialem sobie dokupic czarne spodnie i buty, ale spoko) i od poniedzalkowej nocy zaczynam prace w Dunnes Stores przy wykladaniu towaru na polki, czyli nic ofensywnego bardzo, a za doskonala stawke godzinowa.

To teraz tylko musze przyjac tryb zycia sowy i odliczac tygodnie do zlozenia wypowiedzenia :)

środa, 27 czerwca 2007

27 czerwca - Tallaght i interview

Przez dwa dni nic ciekawego się nie działo - roznoszenie CV gdzie się da i telefony od Alberta z pytaniami jak się czuje Ania, co robi i kiedy będzie się mógł z nią zobaczyć. Znalazłem sposób na syndrom "that's nice": ja gadam cały czas, potem jest jedno "that's nice", a potem krótkie "talk to you later" z mojej strony i załatwione :)

Nic ciekawego, poza wycieczką na Tallaght do business parku, czyli swoistej dzielnicy przemysłowej. Tallaght to nic innego, jak "typical Oirish district", czyli porównywalnie do Nowej Huty, jak źle wleziesz, to dostaniesz wpierdol. Z tą różnicą, że ajrisze stoją w grupach z kijami golfowymi. Godzinna wycieczka autobusem też była niezła. W Dublinie, podobnie jak w Londynie, jeżdżą doubledeckery, tylko, że niebiesko-żółte. No i wszyscy ajrisze pchają się do góry, wyciągają pety, otwierają browary i drą się jeden przez drugiego. Jak ja nie znoszę teko wieśniackiego angielskiego. Do pierwszej wizyty w Irlandii wydawało mi się, że brytyjski akcent jest najgorszy. Ale szybko zmieniłem zdanie, jak usłyszałem ten prostacki dialekt. Pocieszam się tym, że podobno szkocki jest jeszcze gorszy :) ale podejrzewam, że tylko mniej zrozumiały, a nie taki jaskiniowy... Po godzinnym powrocie padłem na dechy i spałem prawie 16 godzin - wyrównałem różnicę czasową i kilka pierwszych niedospanych nocy.

No i dzisiaj, ku mojemu zaskoczeniu, dostałem pierwszy telefon z Dunnes Stores, gdzie złożyłem CV na stanowisko nocnego pakowacza (lepsza kasa - 11.13EUR/h netto, najniższa krajowa wynosi obecnie 8.30EUR/h) i zostałem zaproszony na interview, czyli rozmowę kwalifikacyjną. Na dzień dobry, jeszcze przed drzwiami dostałem trzystronicowy formularz do wypełnienia: szkoły, doświadczenie, pytania o stan zdrowia. Bezproblemowo. Jednak zaskoczyła mnie szczegółowowść pytań na samej rozmowie: szczegółowe pytania o kolejne prace i powody ich opuszczania oraz pytania problemowe: Dlaczego Twoim zdaniem fachowa obsługa klienta jest istotna w wizerunku sklepu? oraz Jaki możesz podać przykład pracy zespołowej na podstawie swojego doświadczenia? Huh, tego to się nie spodziewałem, ale sprytnie - sprawdzają, czy pracownik jest elastyczny i bystry. Chyba nie dałem się aż tak bardzo. Taką mam nadzieję, bo ponoć poza mną jest jeszcze kilku kandydatów, a miejsca są dwa. Dam radę, jutro kolejne wycieczki plus czekanie na telefon z Dunnes.

Aha, nie odbieram od Albercika, bo już go mam dość...

24 czerwca - 7PM at The Spire

Zapomniałem wspomnieć, że na imprezie w Porterhousie spotkaliśmy dwóch śmiesznych Albańczyków, z których jednemu spodobała się Ania. Chciał od niej numer telefonu, ale ona nie ma, bo jest tu na wakacjach tylko... Tak mu zależało, że wziął numer ode mnie i powiedział, że zadzwoni i się gdzieś umówimy. Ustawiliśmy się na siódmą pod szpilą. Oczywiście ja musiałem iść w charakterze tłumacza, poza tym trochę się bała iść sama - w sumie się nie dziwię :)

Albert, bo tak mu jest na imię (ale jakieś zangielszczone chyba, bo na początku brzmiało jakoś inaczej), dotarł na umówione miejsce o umówionej godzinie wraz z kolegą, który się szybko upłynnił.

- So, where are we going?
- I don't know...
- Come on. Pick some place.
- No, no. You pick.
- I don't know where to drink coffee here around so choose something.
- I don't know... Maybe Grafton Street...?
- Ok.
- That's nice, that's nice...

Ok, po pertraktacjach wreszcie udało się obrać jakiś kierunek, a wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to cholerne "that's nice" będzie moim przekleństwem... Gość tak odpowiadał praktycznie na każde wypowiedziane zdanie. Próbowałem wejść na jakiś temat, ale on skutecznie ucinał go swoim "that's nice...". Argh. A do tego wszystkiego Ania ze swoim angielskim próbująca wytłumaczyć mu, że polskie dziewczyny w większości nie są takie rozwiązłe na dyskotekach i krótko mówiąc nie puszczają się, jak irlandki: "Polish girls no chicki chiki..." z charakterystycznym gestem rękami Stuhra z Seksmisji tłumaczącego istotę pożycia... I co? Albercik wypalił z "That's nice...". Co ja tu robię...?

Po godzinie stwierdziłem, że czas kończyć ten kabaret i zawijać się do domu. Wymyśliłem, że muszę coś zrobić i musimy już iść. "Ok, that's nice..." (kurwa... ale z tego się akurat ucieszyłem).
Niezły wieczorek, nie ma co - randka międzynarodowa z tłumaczem przysięgłym. Hyh.