W pierwszy wolny weekend postanowiłem sobie pojeździć. W sobotę odwiedziłem stare kąty z zeszłego roku, czyli Mullach Ìde (Malahide). Małe nadmorskie miateczko nieopodal Dublina. Zawiozłem się tam DART-em, czyli krótkodystansową koleją podmiejską, za 3,60 EUR w dwie strony. Wszystko ładnie i pięknie, z tym, że po 20 minutach od przyjazdu zaczęło lać i w ciągu kilku minut zrobiłem się kompletnie mokry. Za chwilę wyszło słońce i zanim zdążyłem wyschnąć znów zaczęło lać :). Jedna z (wielu) rzeczy, która tu jest inna, niż w Polsce to chmury - sprawiają wrażenie potężnych kolosów, chyba za sprawą przejrzystości powietrza. Może to z powodu niskiej wilgotności powietrza, czego się dowiedziałem od irlandczyka ode mnie z pracy. A mi się wydawało, że nad morzem jest właśnie odwrotnie... No cóż, człowiek uczy się całe życie. Pokręciłem się godzinkę i stwierdziłem, że najwyższy czas wracać, bo nie ma co moknąć.
Tu można zobaczyć kilka zdjęć z Malahide.
W niedzielę postanowiłem wybrać się kawałek dalej - do Waterford na południu Republiki Irlandii. Po trzygodzinnej podróży Bus Èireann i przejechaniu 150 km moim oczom ukazała się typowa portowa
zabudowa miasteczka, czyli małe, różnokolorowe i o różnej wysokości
budyneczki wzdłuż brzegu kanału. Wydawało mi się, że wszystko tam jest
malutkie. W porównaniu do Dublina oczywiście. Małe centrum, małe zabytki
(szumnie nazwanej The Clock Tower bardzo dużo brakuje do londyńskiego Big Bena). Wziąłem mapkę najbardziej wartościowych punktów do obejrzenia
z informacji turystycznej i w pół godziny obejrzałem wszystkie. Oczywiście
wszystko w towarzystwie nieustającego deszczu. Po dwóch i pół godziny
udałem się na dworzec autobusowy i kolejne 3 przesiedziałem
wracając do Dublina.
Zdjęcia z Waterford, z kolei można zobaczyć sobie tutaj.
To był męczący, ale udany weekend :)
sobota, 21 lipca 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz