Przez dwa dni nic ciekawego się nie działo - roznoszenie CV gdzie się da i telefony od Alberta z pytaniami jak się czuje Ania, co robi i kiedy będzie się mógł z nią zobaczyć. Znalazłem sposób na syndrom "that's nice": ja gadam cały czas, potem jest jedno "that's nice", a potem krótkie "talk to you later" z mojej strony i załatwione :)
Nic ciekawego, poza wycieczką na Tallaght do business parku, czyli swoistej dzielnicy przemysłowej. Tallaght to nic innego, jak "typical Oirish district", czyli porównywalnie do Nowej Huty, jak źle wleziesz, to dostaniesz wpierdol. Z tą różnicą, że ajrisze stoją w grupach z kijami golfowymi. Godzinna wycieczka autobusem też była niezła. W Dublinie, podobnie jak w Londynie, jeżdżą doubledeckery, tylko, że niebiesko-żółte. No i wszyscy ajrisze pchają się do góry, wyciągają pety, otwierają browary i drą się jeden przez drugiego. Jak ja nie znoszę teko wieśniackiego angielskiego. Do pierwszej wizyty w Irlandii wydawało mi się, że brytyjski akcent jest najgorszy. Ale szybko zmieniłem zdanie, jak usłyszałem ten prostacki dialekt. Pocieszam się tym, że podobno szkocki jest jeszcze gorszy :) ale podejrzewam, że tylko mniej zrozumiały, a nie taki jaskiniowy... Po godzinnym powrocie padłem na dechy i spałem prawie 16 godzin - wyrównałem różnicę czasową i kilka pierwszych niedospanych nocy.
No i dzisiaj, ku mojemu zaskoczeniu, dostałem pierwszy telefon z Dunnes Stores, gdzie złożyłem CV na stanowisko nocnego pakowacza (lepsza kasa - 11.13EUR/h netto, najniższa krajowa wynosi obecnie 8.30EUR/h) i zostałem zaproszony na interview, czyli rozmowę kwalifikacyjną. Na dzień dobry, jeszcze przed drzwiami dostałem trzystronicowy formularz do wypełnienia: szkoły, doświadczenie, pytania o stan zdrowia. Bezproblemowo. Jednak zaskoczyła mnie szczegółowowść pytań na samej rozmowie: szczegółowe pytania o kolejne prace i powody ich opuszczania oraz pytania problemowe: Dlaczego Twoim zdaniem fachowa obsługa klienta jest istotna w wizerunku sklepu? oraz Jaki możesz podać przykład pracy zespołowej na podstawie swojego doświadczenia? Huh, tego to się nie spodziewałem, ale sprytnie - sprawdzają, czy pracownik jest elastyczny i bystry. Chyba nie dałem się aż tak bardzo. Taką mam nadzieję, bo ponoć poza mną jest jeszcze kilku kandydatów, a miejsca są dwa. Dam radę, jutro kolejne wycieczki plus czekanie na telefon z Dunnes.
Aha, nie odbieram od Albercika, bo już go mam dość...
środa, 27 czerwca 2007
24 czerwca - 7PM at The Spire
Zapomniałem wspomnieć, że na imprezie w Porterhousie spotkaliśmy dwóch śmiesznych Albańczyków, z których jednemu spodobała się Ania. Chciał od niej numer telefonu, ale ona nie ma, bo jest tu na wakacjach tylko... Tak mu zależało, że wziął numer ode mnie i powiedział, że zadzwoni i się gdzieś umówimy. Ustawiliśmy się na siódmą pod szpilą. Oczywiście ja musiałem iść w charakterze tłumacza, poza tym trochę się bała iść sama - w sumie się nie dziwię :)
Albert, bo tak mu jest na imię (ale jakieś zangielszczone chyba, bo na początku brzmiało jakoś inaczej), dotarł na umówione miejsce o umówionej godzinie wraz z kolegą, który się szybko upłynnił.
- So, where are we going?
- I don't know...
- Come on. Pick some place.
- No, no. You pick.
- I don't know where to drink coffee here around so choose something.
- I don't know... Maybe Grafton Street...?
- Ok.
- That's nice, that's nice...
Ok, po pertraktacjach wreszcie udało się obrać jakiś kierunek, a wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to cholerne "that's nice" będzie moim przekleństwem... Gość tak odpowiadał praktycznie na każde wypowiedziane zdanie. Próbowałem wejść na jakiś temat, ale on skutecznie ucinał go swoim "that's nice...". Argh. A do tego wszystkiego Ania ze swoim angielskim próbująca wytłumaczyć mu, że polskie dziewczyny w większości nie są takie rozwiązłe na dyskotekach i krótko mówiąc nie puszczają się, jak irlandki: "Polish girls no chicki chiki..." z charakterystycznym gestem rękami Stuhra z Seksmisji tłumaczącego istotę pożycia... I co? Albercik wypalił z "That's nice...". Co ja tu robię...?
Po godzinie stwierdziłem, że czas kończyć ten kabaret i zawijać się do domu. Wymyśliłem, że muszę coś zrobić i musimy już iść. "Ok, that's nice..." (kurwa... ale z tego się akurat ucieszyłem).
Niezły wieczorek, nie ma co - randka międzynarodowa z tłumaczem przysięgłym. Hyh.
Albert, bo tak mu jest na imię (ale jakieś zangielszczone chyba, bo na początku brzmiało jakoś inaczej), dotarł na umówione miejsce o umówionej godzinie wraz z kolegą, który się szybko upłynnił.
- So, where are we going?
- I don't know...
- Come on. Pick some place.
- No, no. You pick.
- I don't know where to drink coffee here around so choose something.
- I don't know... Maybe Grafton Street...?
- Ok.
- That's nice, that's nice...
Ok, po pertraktacjach wreszcie udało się obrać jakiś kierunek, a wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to cholerne "that's nice" będzie moim przekleństwem... Gość tak odpowiadał praktycznie na każde wypowiedziane zdanie. Próbowałem wejść na jakiś temat, ale on skutecznie ucinał go swoim "that's nice...". Argh. A do tego wszystkiego Ania ze swoim angielskim próbująca wytłumaczyć mu, że polskie dziewczyny w większości nie są takie rozwiązłe na dyskotekach i krótko mówiąc nie puszczają się, jak irlandki: "Polish girls no chicki chiki..." z charakterystycznym gestem rękami Stuhra z Seksmisji tłumaczącego istotę pożycia... I co? Albercik wypalił z "That's nice...". Co ja tu robię...?
Po godzinie stwierdziłem, że czas kończyć ten kabaret i zawijać się do domu. Wymyśliłem, że muszę coś zrobić i musimy już iść. "Ok, that's nice..." (kurwa... ale z tego się akurat ucieszyłem).
Niezły wieczorek, nie ma co - randka międzynarodowa z tłumaczem przysięgłym. Hyh.
niedziela, 24 czerwca 2007
23 czerwca - powitanie, biesiada i klubowy Dublin
Ok. przyszedł ranek. Trzeba się ogarnąć i poznać ludzi z mieszkania - samych Polaków.
W samym mieszkaniu niewiele zmian od zeszłego roku, poza niezwykłym porządkiem w kuchni, z którym ostatnim razem był problem... Z tego, co się zdążyłem dowiedzieć, to odbyło się w tej sprawie kilka poważnych debat, a nawet wojen, a efektem tego powstał grafik, oczywiście porządek i niezły napis nad okapem w kuchni:

Dzień zleciał na rozpakowywaniu się, rozmowie z ojcem i paleniu na naszym pięknym backyardzie :) Akurat trafiłem na biesiadę wieczorem w naszym mieszkaniu - poza współlokatorami przyszło kilka osób z zewnątrz, też Polaków oczywiście. W czasie "trwania" trzeciej flaszki dwie osoby poleciały po kolejną, bo o czywiście za mało. Alkohol się skończył o 23, więc Sebastian i jego siostra, która tu przyleciała do niego na urlop wyciągnęli mnie do centum. Wziąłem od ojca 20 euro (z moim budżetem bym nie poszalał raczej..) i poszliśmy do pierwszej knajpy - Porter House. Oczywiście nie chcieli nas wpuścić, bo jest dwudziesta czwarta, a bramkarz nas nie zna. Po kilku próbach przekonania go o braku złych zamiarów, nieudanych zresztą, Sebastian wyciągnął telefon i zadzwonił do pracującego tam Polaka-barmana. Kolega wyszedł, wytłumaczył bramkarzowi, że jesteśmy w porządku, a ten z uśmiechem otworzył nam drzwi, uścisnął nam dłoń i zaprosił do środka.
Rozejrzeliśmy się, zamówiłem piwo, nie wiem jakie, było zbyt głośno. Chciałem Kilkenny, ale nie mieli i barmanka powiedziała, że przyniesie coś podobnego i za chwilę dostałem pintę jakiegoś bliżej nieokreślonego portera. znaleźliśmy wolne krzesło, rzuciliśmy ciuchy, wzięliśmy kilka łyków i Ania (siostra Sebastiana) wyciągnęła mnie na parkiet. No i spoko, niezły clubbing, który zrobił na mnie niezłe wrażenie, bo w Bielsku nie słyszałem czegoś podobnego nigdy. Po jakiejś godzinie Ania poprosiła, żebym ją zaprowadził do toalety i poczekał tam na nią (trochę zagubiona dziewczyna w wielkim mieście słabo znając angielski). No i wtedy stało się... Jak na nią czekałem przyuwazyła mnie jakaś gruba i niska irlandka, chyciła mnie za rękę tak mocno, jak jeszcze żadna dziewczyna (w sumie to się nie dziwię) i zaczęła się do mnie przyklejać na parkiecie. O zgrozo, jaki pech... Miałem nadzieję, że Anka szybko wyjdzie. No i na szczęście wyszła. Oswobodziłem się i nie odwracając się za sobą uciekłem z nią w tłum. Postanowiliśmy zmienić knajpę.
Maksymalny clubbing, seks na parkiecie i grupka chińskich transwestytów - to możecie znaleźć właśnie w Zanzibarze, jednej z największych, jak nie największej imprezowni w Dublinie, gdzie się udaliśmy. Wybuliliśmy po 5 euro za wstęp i wsiąkliśmy w tłum. Czegoś takiego to jeszcze nie widziałem i nie słyszałem... Ogłuszający clubbing w sztucznym dymie i chyba z milion ludzi w środku. Zauważyłem, że irlandczycy lubują się w ostrych klubowych przeróbkach kawałków - w zasadzie znane kawałki, ale nic nie dało się usłyszeć w oryginale, nawet wokale były zmienione (jak w przypadku Insomnii Faithless). W międzyczasie pod subwooferem jakaś parka
wychodziła na wyżyny, a my się bawiliśmy. Ale to jeszcze nic, o 2:30 urwała się muzyka i zapalono światła - koniec imprezy, co dla nas Polaków może być trochę dziwne, bo my się bawimy do rana zazwyczaj. No, ale co kraj to obyczaj.
W drodze powrotnej zaszliśmy jeszcze do McDonalda coś zjeść no i potem prosto do łóżka do mieszkania...
I tak minął dzień drugi pobytu. Nieźle się zaczyna.
W samym mieszkaniu niewiele zmian od zeszłego roku, poza niezwykłym porządkiem w kuchni, z którym ostatnim razem był problem... Z tego, co się zdążyłem dowiedzieć, to odbyło się w tej sprawie kilka poważnych debat, a nawet wojen, a efektem tego powstał grafik, oczywiście porządek i niezły napis nad okapem w kuchni:

Dzień zleciał na rozpakowywaniu się, rozmowie z ojcem i paleniu na naszym pięknym backyardzie :) Akurat trafiłem na biesiadę wieczorem w naszym mieszkaniu - poza współlokatorami przyszło kilka osób z zewnątrz, też Polaków oczywiście. W czasie "trwania" trzeciej flaszki dwie osoby poleciały po kolejną, bo o czywiście za mało. Alkohol się skończył o 23, więc Sebastian i jego siostra, która tu przyleciała do niego na urlop wyciągnęli mnie do centum. Wziąłem od ojca 20 euro (z moim budżetem bym nie poszalał raczej..) i poszliśmy do pierwszej knajpy - Porter House. Oczywiście nie chcieli nas wpuścić, bo jest dwudziesta czwarta, a bramkarz nas nie zna. Po kilku próbach przekonania go o braku złych zamiarów, nieudanych zresztą, Sebastian wyciągnął telefon i zadzwonił do pracującego tam Polaka-barmana. Kolega wyszedł, wytłumaczył bramkarzowi, że jesteśmy w porządku, a ten z uśmiechem otworzył nam drzwi, uścisnął nam dłoń i zaprosił do środka.
Rozejrzeliśmy się, zamówiłem piwo, nie wiem jakie, było zbyt głośno. Chciałem Kilkenny, ale nie mieli i barmanka powiedziała, że przyniesie coś podobnego i za chwilę dostałem pintę jakiegoś bliżej nieokreślonego portera. znaleźliśmy wolne krzesło, rzuciliśmy ciuchy, wzięliśmy kilka łyków i Ania (siostra Sebastiana) wyciągnęła mnie na parkiet. No i spoko, niezły clubbing, który zrobił na mnie niezłe wrażenie, bo w Bielsku nie słyszałem czegoś podobnego nigdy. Po jakiejś godzinie Ania poprosiła, żebym ją zaprowadził do toalety i poczekał tam na nią (trochę zagubiona dziewczyna w wielkim mieście słabo znając angielski). No i wtedy stało się... Jak na nią czekałem przyuwazyła mnie jakaś gruba i niska irlandka, chyciła mnie za rękę tak mocno, jak jeszcze żadna dziewczyna (w sumie to się nie dziwię) i zaczęła się do mnie przyklejać na parkiecie. O zgrozo, jaki pech... Miałem nadzieję, że Anka szybko wyjdzie. No i na szczęście wyszła. Oswobodziłem się i nie odwracając się za sobą uciekłem z nią w tłum. Postanowiliśmy zmienić knajpę.
Maksymalny clubbing, seks na parkiecie i grupka chińskich transwestytów - to możecie znaleźć właśnie w Zanzibarze, jednej z największych, jak nie największej imprezowni w Dublinie, gdzie się udaliśmy. Wybuliliśmy po 5 euro za wstęp i wsiąkliśmy w tłum. Czegoś takiego to jeszcze nie widziałem i nie słyszałem... Ogłuszający clubbing w sztucznym dymie i chyba z milion ludzi w środku. Zauważyłem, że irlandczycy lubują się w ostrych klubowych przeróbkach kawałków - w zasadzie znane kawałki, ale nic nie dało się usłyszeć w oryginale, nawet wokale były zmienione (jak w przypadku Insomnii Faithless). W międzyczasie pod subwooferem jakaś parka
wychodziła na wyżyny, a my się bawiliśmy. Ale to jeszcze nic, o 2:30 urwała się muzyka i zapalono światła - koniec imprezy, co dla nas Polaków może być trochę dziwne, bo my się bawimy do rana zazwyczaj. No, ale co kraj to obyczaj.
W drodze powrotnej zaszliśmy jeszcze do McDonalda coś zjeść no i potem prosto do łóżka do mieszkania...
I tak minął dzień drugi pobytu. Nieźle się zaczyna.
22 czerwca - wylot
Droga na lotnisko zaczęła się z lekkimi przygodami - w trasie zepsuł się elektroniczny moduł sterowania samochodem, więc ostatnie kilometry przebyłem z lekkimi kangurami z prędkością 70-80 km/h. Ale dojechałem na szczęście...
Pożegnałem się z rodzinką, wszedłem na terminal i kolejna "wspaniała" wiadomość - lot opóźniony o 1h40m. No to super. Odprawiłem bagaż, usiadłem sobie i wyciągnąłem książkę. Po godzinie zgłodniałem i postanowiłem zjeść kolację na lotnisku. Miałem przy sobie tylko euro, a oczywiście na europejskim międzynarodowym porcie lotniczym w Katowicach można płacić tylko złotówkami...
Poszedłem do kantoru i na szczęście można było wymieniać bilon, więc pozbyłem się 2 euro, a w zamian dostałem coś ponad 7 zł. Więc z całkowitego budżetu 25 euro zostało mi już 23. No nieźle.
Zaraz potem zaczęła się odprawa paszportowa, więc ustawiłem się od razu w kolejce, żeby uniknąć tłoku. O 23:30 start.
Jak zwykle, przy lądowaniu zaczęły mnie masakrycznie boleć uszy, ale mniej, niż w zeszłym roku, więc spoko. Wyładowaliśmy się z samolotu, wycieczka po bagaż i na autobus. Wbrew wcześniejszemu pechowi akurat miałem autobus, który jedzie co godzinę. Waliza do bagażnika, 7 euro za bilet no i o 2:00 jazda na O'Connel Street - akurat 15 minut od domu.
Umówiłem się z ojcem, że wyślę mu sygnał z zeszłorocznego irlandzkiego numeru. Po drodze wstąpiłem do Londisa, pozbyłem się 5 euro (zostało mi już 11) i dzwonię, żeby doładować. No i dupa... Karta tak długo nieużywana została zablokowana. No to nic, będę pukał i najwyżej kogoś obudzę. Na całe szczęście ojciec czekał i około 3 nad ranem dotarłem.
Jestem w Dublinie.
Pożegnałem się z rodzinką, wszedłem na terminal i kolejna "wspaniała" wiadomość - lot opóźniony o 1h40m. No to super. Odprawiłem bagaż, usiadłem sobie i wyciągnąłem książkę. Po godzinie zgłodniałem i postanowiłem zjeść kolację na lotnisku. Miałem przy sobie tylko euro, a oczywiście na europejskim międzynarodowym porcie lotniczym w Katowicach można płacić tylko złotówkami...
Poszedłem do kantoru i na szczęście można było wymieniać bilon, więc pozbyłem się 2 euro, a w zamian dostałem coś ponad 7 zł. Więc z całkowitego budżetu 25 euro zostało mi już 23. No nieźle.
Zaraz potem zaczęła się odprawa paszportowa, więc ustawiłem się od razu w kolejce, żeby uniknąć tłoku. O 23:30 start.
Jak zwykle, przy lądowaniu zaczęły mnie masakrycznie boleć uszy, ale mniej, niż w zeszłym roku, więc spoko. Wyładowaliśmy się z samolotu, wycieczka po bagaż i na autobus. Wbrew wcześniejszemu pechowi akurat miałem autobus, który jedzie co godzinę. Waliza do bagażnika, 7 euro za bilet no i o 2:00 jazda na O'Connel Street - akurat 15 minut od domu.
Umówiłem się z ojcem, że wyślę mu sygnał z zeszłorocznego irlandzkiego numeru. Po drodze wstąpiłem do Londisa, pozbyłem się 5 euro (zostało mi już 11) i dzwonię, żeby doładować. No i dupa... Karta tak długo nieużywana została zablokowana. No to nic, będę pukał i najwyżej kogoś obudzę. Na całe szczęście ojciec czekał i około 3 nad ranem dotarłem.
Jestem w Dublinie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)