Droga na lotnisko zaczęła się z lekkimi przygodami - w trasie zepsuł się elektroniczny moduł sterowania samochodem, więc ostatnie kilometry przebyłem z lekkimi kangurami z prędkością 70-80 km/h. Ale dojechałem na szczęście...
Pożegnałem się z rodzinką, wszedłem na terminal i kolejna "wspaniała" wiadomość - lot opóźniony o 1h40m. No to super. Odprawiłem bagaż, usiadłem sobie i wyciągnąłem książkę. Po godzinie zgłodniałem i postanowiłem zjeść kolację na lotnisku. Miałem przy sobie tylko euro, a oczywiście na europejskim międzynarodowym porcie lotniczym w Katowicach można płacić tylko złotówkami...
Poszedłem do kantoru i na szczęście można było wymieniać bilon, więc pozbyłem się 2 euro, a w zamian dostałem coś ponad 7 zł. Więc z całkowitego budżetu 25 euro zostało mi już 23. No nieźle.
Zaraz potem zaczęła się odprawa paszportowa, więc ustawiłem się od razu w kolejce, żeby uniknąć tłoku. O 23:30 start.
Jak zwykle, przy lądowaniu zaczęły mnie masakrycznie boleć uszy, ale mniej, niż w zeszłym roku, więc spoko. Wyładowaliśmy się z samolotu, wycieczka po bagaż i na autobus. Wbrew wcześniejszemu pechowi akurat miałem autobus, który jedzie co godzinę. Waliza do bagażnika, 7 euro za bilet no i o 2:00 jazda na O'Connel Street - akurat 15 minut od domu.
Umówiłem się z ojcem, że wyślę mu sygnał z zeszłorocznego irlandzkiego numeru. Po drodze wstąpiłem do Londisa, pozbyłem się 5 euro (zostało mi już 11) i dzwonię, żeby doładować. No i dupa... Karta tak długo nieużywana została zablokowana. No to nic, będę pukał i najwyżej kogoś obudzę. Na całe szczęście ojciec czekał i około 3 nad ranem dotarłem.
Jestem w Dublinie.
niedziela, 24 czerwca 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz